Rozdział 7
Miałam rację. Wszystko się zmieniło i to na lepsze. Już dwa dni później cała nasza szkoła wiedziała o tym, że chodzę z Piotrkiem. Kumpelki mi zazdrościły STRASZNIE, no ale powiem szczerze, było czego zazdrościć ^_^. Piotruś (mój Piotruś:*) zabierał mnie na romantyczne spacery, był wrażliwy, czuły i troskliwy, szeptał mi cuzłe słówka na ucho albo dawał małe kwiatki :*. Był idealnym chłopakiem. Mimo, że nasza przyjaźń przerodziłą się w coś silniejszego, dalje rozmawialiśmy na te tematy co dawniej. Nasze relacje nie pogorszyły się, lecz umocniły.
Nasza rumba była już prawie idealna, Nowicka była z nas strasznie dumna, aż jej się łezka w oczku zakręciła ;). Pewnego dnia zobaczyła, jak całuję się z Piotrkiem i postanowiła wpleść jeden pocałunek w taniec. Z tym problemu nie było...:P. Byłam z Piotrem naprawdę szczęśliwa. Nie przeszkadzały mi docinki Kaji i Niny ani złowrogi wzrok Ivana. Sczerze mówiąc, olewałam ich wszzytskich. Całą trójkę ]:->. Wydawało mi się, że śnię. Każdego ranka budziłam się wesoła i lekka niczym piórko. Cała rzeczywistość była niczym piękny sen...
Jednak w miarę upływu czasu, gdy ten sen nie przemijał a ja byłam już chyba najszczęśliwszą osóbką pod słońcem, dopadł mnie niepokoje. Czy piękny sen może trwać tak długo? Czy się skończy? Nie chciałam by to moje szczęście się skończyło... Zbyt długo na nie czekałam. Ta myśl zaczęła mnie przytłaczać. Chodziłam coraz smutniejsza, w moim oczach nei skakały już wesołe iskierki, jak to zawsze określały moje psiapsióły. Moja dusza gasła... Ogarniałą mnie szarość codziennych dni, które wraz z moim nastrojem stawały się coraz chmurniejsze, bardziej deszczowe i ponure...
***

Wiatr przeraźliwie dął. Padał deszcz, gdzieś w oddali grzmiało. Po raz pierwszy od długiego czasu wracałam ze szkoł w ciepłej kurtce. Po policzkach spływały mi łzy. Jedna za drugą. Kap, kap... Wmawiałam sobie, że to przez wiatr, ale czułam, że to ta moja deprecha sprawiałą że płaczę. Zaczęłam biec. Nic mnie nie obchodziło. Chciałam uciec jak najdalej od tego świata. Czułam że on szykuje zemstę za to, że jestem szczęśliwa z Piotrkiem. A tak go kochałam! Jednak mój strach przed stratą jego miłości przewarzał nad szczęściem w mojej duszy.
Nagle ktoś złapał mnie za nadgarstek. Obróciłam się. Utkwione były we mnie zielone oczy o głebokim i bystrym spojrzeniu. Piotrek...
- Ami, stój - powiedział.
- Cz-cześć, Piotrek - łknęłam.
- Co się z tobą dzieje? Co się stało?! Ciągle płaczesz, jesteś jakby nieobecna... Co ci jest, Ami, powiedz...
- Ależ nic mi nie jest! A co miałoby mi być? - spróbowałam się sztucznie zaśmiać. Chyba mi nie wyszło...
- Nie oszukasz mnie. Znam cię od małego dziecka i wiem kiedy coś cię dręczy
- Ale...napr...
- Daj spokój!!! Chyba widzę że coś ci jest i martwię się tym! Więc blagam przestań mi wmawiać że wszytsko jest okej i powiedz prawdę... prawdę, słyszysz?? - powiedział Piotrek nieco podniosłym głosem.
- A-ale nie krzycz... - szepnęła i znowu wybuchnęła łzami.
-Ami, Ami nie płacz. Przepraszam, nie chciałam na ciebie krzyczeć. Ami,Ami, przepraszam... - wyszeptał Piotrek i pogładził mnie po mokrym policzku. I już nei mogłąm nie powstrzymać. Złapałam go za szyję i mocno przytuliłam. Ramię jego kurtki powoli mokło... coraz bardziej.... Mój szloch był po prostu niepowstrzymany. Te wszystkie moje myśli, nerwy, niepokoje, wszystko się złamało i wypływało teraz ze mnie w postaci gorzkich łez. Łez miłości...
- Amelia, już dobrze, już - szeptał mi do ucha Piotrek. Odsunłęłam się od niego i spojrzałąm w oczy.
- B-bo,wi-widzisz, j-ja stwierdziłam, że skoro jes-jestem szczęśliwa, to kiedyś to się się mu-musi skończyć. Że, że kie-kiedyś mnie zostawisz i znowu będę na tym tym świecie sa-sama... - załkałam.
- Jezu, Ami! - wykrzyknął Piotrek i objął mnie. Staliśmy tak chwilę objęci, podczas gdy krople deszczu wirowały między nami w szalonym tańcu. Wtem Piotrek odsunął mnie od siebie
- Teraz ty mnie wysłuchaj. I słuchaj bardzo uważnie - szepnął - Nigdy, nigdy nie zostawię cię samej. Nie wyobrażam sobie życia bez ciebie. Każdego ranka budzę się dla ciebie, twego uśmiechu i blasku twych oczu.
Patrzyłam na niego w ciszy.
- Jeszcze nie rozumiesz? - wyrzyucił z siebie Piotrek, a jego oczy się zaszkliły. - Amelia, ja cię... kocham i nic tego nie zmieni - szepnął cicho, tak cicho że ledwo go słyszałam. Zapanowała między nami cisza. To, co on przed chwilą powiedział sprawiło, że poczułam ogarniające mnie ciepło. Wyznał mi miłość... Więc jednak chyba mamy jakąś sznasę na tym świecie... Po moich policzkach znowu popłynęły łzy.
- Ami, czemu dalje płaczesz - jęknął Piotrek.
- Bo... to, co powiedziałeś, było... najpiększejszą rzeczą jaką kiedykolwiek usłyszałam...
Piotrek uśmiechnął się delikatnie.
- Ja cię też kocham, i to nawet nie wiesz, jak bardzo - szepnęłam.
Piotrek przysunął się do mnie. Pocałowaliśmy się. To był wspaniały pocałunek. Czułam w nim smutek, radość i żal, ale także nadzieję, że uda nam się przezwyciężyć wszytskie przeszkody i problemy. Przecież byliśmy w sobie zakochani. A miłość to uczucie, które potrafi wszystko...
Po kilku minutach w ciszy ruszyliśmy w stronę naszych domów. Trzymaliśmy się za ręce. Nad nami, na niebie, ciemne chmury rozwiały się, ukazując czysty błekit i blask słońca.
2006-01-14 14:39:22
skomentuj (5)
Rozdział 6
Minęły już 2 tygodnie od tej pierwszej próby rumby. I powiem szczerze, widać postępy. Obydwoje (znaczy ja i Piotrek :P) oswoiliśmy się z tym tańcem, z tym, że to taniec miłości. Trenerka była coraz bardziej z nas zadowolona :D. Nie mówię, że było łatwo i że tańczymy idealnie. Ale poprawa jest. To po prostu trzeba czuć. Ten czas prób zmusił mnie do myślenia o tych dziwnych falach gorąca co tak zalewają mnie (już od pewnego czasu) na widok Piotrka. Wmawiałam sobie bezskutecznie, że to tylko przyjaciel i że czuję do niego tylko przyjaźń. Nie oszukujmy się – dla mnie to już nie był przyjaciel. Czułam do niego znacznie więcej. I tylko mi jest przykro, bo nie wiem, co on czuje do mnie. Od dawna był wobec mnie szorstki, niemiły. Tylko na próbach był taki jak kiedyś. Ale poza salą taneczną mało mówił, czasem burknął coś pod nosem. Czułam, że nie mam u niego szans, nawet na utrzymanie tamtej przyjaźni. Było mi coraz ciężej, gorzej. Całe wieczory przepłakiwałam żaląc się Emilce (mojej best friend) przez telefon. Dziewczyna – anioł wśród cierpliwych. Mogłam gadać jej do słuchawki to samo przez 2 godziny a ona zachowywała się tak, jakby słyszała to po raz pierwszy. Jest koffana :D. Jejku, chyba trochę znowu przesadziłam z tym opisem uczuć i wogle. A teraz przejdźmy do pewnego wydarzenia, na którego wspomnienie, motyle w moim brzuchu zaczynają tańczyć salsę.
Był okropnie brzydki dzień. Pierwszy raz od dawna niebo od rano zaszyte było ciemnymi, burzowymi chmurami. Padał deszcz, jednak, na szczęście, dalej było w miarę ciepło. Gdy doszłam do budynku naszych treningów (rumby, oczywiście :D), Piotrka nie było. Chciałam wejść do środka, ale drzwi były zamknięte.
- Dziś nie ma zajęć, pamiętasz? – usłyszałam cichy głos za mną. Obróciłam się gwałtownie. Przede mną stał Piotrek.
- Ja… Em… ta.. za, zapomniałam – wyjąkałam patrząc w ziemię. Piotr podszedł do mnie blisko i… uśmiechnął się. Pierwszy raz od długiego czasu.
- Wiesz, Amelia, chyba musimy pogadać… - powiedział PRAWIE bezgłośnie.
- A, ale … o czym?
- Chyba wiesz… o nas…
- Yhym…
Piotrek wziął mnie za rękę i poprowadził do pobliskiego parku. Westchnął, spojrzą mi w oczy i zaczął…
- Jesteśmy przyjaciółmi od dawna.
- Ta…
- To , co nas łączy jest bardzo silne…
- Ta…
- Ale z czasem, gdy ludzie dorastają, dorastają też ich uczucia. Obydwoje wiemy, że od pewnego czasu, ta nasza przyjaźń zmieniła się w coś innego, ważniejszego…
- Yhym…. – przytaknęłam z wahaniem.
- Czy nie uważasz, że … powinniśmy ze sobą… być? – wyrzucił z siebie w końcu.
- Ale… Piotrek. Przyjaźń jest trwalsza niż… miłość – to słowa nadal nie przechodziło mi łatwo przez gardło – i jeżeli zmienimy ją w coś…mocniejszego, możemy potem tego obydwoje żałować. Jeżeli nam nie wyjdzie, nie odbudujemy już tej przyjaźni.
- Ale czy jest sens udawać że łączy nas tylko przyjaźń?
To było chyba pytanie retoryczne, bo na nie nie odpowiedziałam, a Piotrek chyba też na tę odpowiedź nie czekał. Zbliżył się do mnie. Stał już tak blisko, jak podczas tańczenia rumby. Czułam zawroty głowy. Powoli nasze usta złączyły się w bardzo nieśmiałym, delikatnym pocałunku. Jednak ten jeden pocałunek sprawił, że cały mój świat wywrócił się do góry nogami. Gdyby Piotrek w tym momencie nie złapał mnie w pasie, prawdopodobnie osunęłabym się na ziemię. Gdy odsunęliśmy się od siebie, spojrzałam mu głęboko w oczy.
Wiedziałam, że teraz wszystko się zmieni…Na zawsze…
2006-01-14 14:38:56
skomentuj (0)
Rozdział 5
Następnego dnia o 16.00 stawiłam się przed budynkiem tańców. Piotrek już tam był. Popatrzyłam mu w oczy i nagle poczułam coś dziwnego. Fala gorąca spłynęła po moim ciele i nie mogłam wykrztusić z siebie ani słowa. To nie było normalne... przecież przyjaźniłam się z Piotrem prawie od zawsze i nigdy, NIGDY się tak nie czułam przy nim. Ba! Przy żadnym chłopaku...
- Cześć... - powiedział cicho mój partner.
- Cz..cześć... - udało mi się wykrztusić.
Znowu zapadła krępująca cisza. popatrzyłam ponownie wgłąb jego oczu. Były zielone... głębokie... takie... bystre... Znów ogarnęła mnie ta dziwna fala...( BOŻE CO JA OPOWIADAM! ). Na szczęście po chwili przyszła Nowicka i wprowadziła nas na salę taneczną.
- Okej, ptaszynki. Zaczynamy - rzuciła.
- Hurra! - mruknęłam z ironią.
- Hej, więcej entuzjazmu, moje "zakochane gołąbeczki" - zaśmiała sie.
Puściła muzykę. Była romantyczna i spokojna. Czułam się naprawdę dziwnie. Pani Nowicka zaczęła wygłaszać nam zasady rumby. Przedstawiać kroki i figury tak "na sucho", żebyśmy się zorientowali, o co chodzi. Te figury był bardzo, hm... romantyczne, żeby nie powiedzieć odważne. Kątem oka spoglądałam na Piotra. Dziwnie się zachowywał. Jakbym była mu obca. Nawet nie zauważyłam, gdy upłynęła pierwsza godzina ćwiczeń. Na szczęście, Nowicka przez całą tą godzinę wygłaszała te okrutne reguły. Niestety, w końcu trzeba przejść do praktyki...
- Okej, kochani. A teraz stańcie i wykonacie pierwsze figury - rzuciła.
Stanęłam. Piotrek też. Nie mogłam spojrzeć mu w oczy, coś mnie powstrzymywało. Gdy staliśmy już tak blisko siebie, że czułam na twarzy jego nierówny (??) oddech, zrobiło mi się słabo. Jak słowo daję! Piotr objął mnie w talii. Przez całe moje ciało przebiegł zimny dreszcz. Poczułam go nawet w końcach palców u stóp. Zaczęliśmy tańczyć. Byłam spocona i zestresowana. Gdy wykonaliśmy te pierwsze taneczne figury, Nowicka znieruchomiała.
- Boże! Tańczycie jak dębowe deski! Ruszcie sie! Trochę emocji, uczuć, MIŁOŚCI!!!
Ćwiczyliśmy całą godzinę. Ale nie mogliśmy się otworzyć. Uwolnić emocji i uczuć. Czułam, że rumba to nie jest prosty taniec... i trudno będzie go zatańczyć...

***
Przez następne dni próby rumby nie wychodziły najlepiej. W naszym wykonaniu nie był to taniec miłości, ale, jak Nowicka ujęła, taniec grobowych kukieł. Starałam się, ale gdy widziała Piotrka to miałam stadko motyli w brzuchu, serce w gardle. A gdy on mnie dotykał w tańcu, nie mogłam złapać tchu. O moim wrogu, Ivanie, zapomniałam kompletnie. Nawet nie miałam ochoty go przezywać, bo próby rumby pochłonęły mnie kompletnie. Tylko że zaczęłam pytać sama siebie: co mnie tak pochłonęło: rumba czy... Piotrek..
2006-01-14 14:38:30
skomentuj (0)
Rozdział 4
Od tamtej felernej imprezy minęły dwa tygodnie. W szkole przycichła sprawa o moim rasiźmie, ludzie znów traktowali mnie jak dawniej. Nikt nie zauważył, że moje stosunki z Ivanem nie uległy zmianie, a jeśli już, to tylko się pogorszyły. Szczerze się nienawidziliśmy. Nienawidziłam jego akcentu, rosyjskiego spojrzenia, ja go CAłEGO nienawidziłam! Przy każdej okazji, gdy byliśmy sami, wyzywałam go od szczurów. Byliśmy wrogami. Wielkimi wrogami. Często aż krew się we mnie gotowałą od tej nienawiści. Jedyną czynnością, która mnie uspokajała, był taniec. Uwielbiałam to, i gdy tańczyłam, zapominałam o wszytskich problemach.
Gdy poszłam w niedzielę na tańce, o dziwo, wszyscy byli już na sali i żywo o czymś dyskutowali.
- Ym... czemu już wszyscy są? - zapytałam reszty.
- Nie widziałaś ogłoszenia w szkole? - spytał mnie Piotrek.
- Niee... a co?
- Dzisiaj na zajęciach mieliśmy stawić się wcześniej żeby trenerka mogła wybrać spośród nas parę, która zaprezentuje naszą szkołe na ZAWODACH STANOWYCH - wyjaśnił podeksytowanym głosem Piotrek
- To brzmi ciekawie... Wybraliście już kogoś? - zapytałam.
- Tak...
- Grupa zdecydowała, że to my tam pojedziemy...
- Ściemniasz...
- Nie, mówię serio...
- TAK TAK TAK TAK HUREEEEEYYYYYYYY - wrzasnęłam na całą salę.
To od dawna było moim marzeniem. A teraz się udało. Nie posiadałam się z radości. Skakałam, krzyczałam. Po chwili na salę wróciła trenerka. Kazała mi i Piotrkowi zostać chwilę po zajęciach, po czym zaczęliśmy tańczyć jak zawsze.
Dwie godziny upłynęły niezwykle szybko, nawet nie zauważyłam gdy wszyscy zaczęli się rozchodzić. Razem z Piotrkiem usiedliśmy przy stole obok trenerki.
- Słuchajcie. Zawody stanowe to nie zabawa. Wygranie tych zawodów otwiera przed wami karierę taneczną na skalę ogólnoświatową. Dlatego musicie zatańczyć coś trudnego, niesamowitego - powiedziała zapalczywie Nowicka.
- ... i pani już nam wybrała taniec, tak? - spytał Piotrek, chociaż obydwoje znaliśmy odpowiedź.
- Tak... - przytaknęła trenerka. - Proszę was, że martwcie się tym, dacie radę. Umiecie wiele, trochę ćwiczeń i zatańczycie na medal...
- Okej, ale co będziemy tańczyć - zniecierpliwiłam się.
- zatańczycie... rumbę...
- COO????????!!!!!!!!! - zawołaliśmy chórem
- Wiem, zę to trudny taniec wymagający włożenia w niego uczuc i emocji - powiedziała Nowicka - ale wiem też, że sobie poradzicie.
- Proszę pani, to jest taniec miłości... Trudno włożyć w niego tyle... hm.....eee.... pozotywnych emocji. Przecież tam są takie kroki i figury taneczne, które trzeba wykonac z niesamowitymi emocjami! To jest za trudne! - zaprzeczyłam.
- Wiem, ale musicie po prostu potraktowąc to jak każdy inny taniec, nie zważając na te romantyczną muzykę, figury - wyjaśniła trenerka. - Zgodzicie się to zatańczyć?
- A mamy inne wyjście ? - spytał Piotrek z lekką ironią.
- Właściwie... nie - uśmiechnęła się Nowicka.
- Kiedy zaczynamy ćwiczyć? - spytałam.
- Od jutra. Codziennie od 16.00 do 18.00 tutaj.
- Dobra - westchnął mój partner.
- Do zobaczenia - rzuciła wesoło trenerka i wyszłą z sali. Została sama z Piotrkiem.
- Myślisz, że dmay radę? - spytałam.
- Mam nadzieję... Musimy się przełamać i włożyć w to uczucia... Tak, jakbyśmy byli w sobie bardzo zakochani
- Ta....Ja muszę isć. Do zobaczenia jutro - powiedziałam i , idąc w ślady trenerki, wyszłam z sali.

Gdy wyszłam na świeże powietrze, skierowalam się do domu. Byłam zamyślona. Zastanawiałam się, co bęzie z tą rumbą. Cieszyłam się, że mogę ją zatańczyć z Piotrkiem, w końcu to mój przyjaciel i dobrze nam się razem tańczy.
Miałam cichą nadzieję, że wygramy ten konkurs. Musiałam tylko naprawdę poświęcić całą siebie dal tańca. Byłam optymistką. Na pewno się uda... =)
2006-01-14 14:37:58
skomentuj (0)
Rozdział 3
Długo zastanawiałam się, czy pójść na tę imprezę. Z jednej strony, czułam wstręt (??) do Ivana, ale z drugiej, tak rzadko chodzę na imprezy. Pomyślałam więc, że jeśli pójdę i będę przyglądać się wszystkiemu z boku, to nic się nie wydarzy i będzie ok. Teraz należało tylko ustalić strój. Po szkole (gdzie unikałam wszystkich i wszystkiego, więc większość dnia spędziłam w toalecie) wpadłam do domu i ruszyłam przewalać zawartość mojej szafy. Nie zależało mi specjalnie na stroju, więc wybrałam zwyczajne dżinsy i kolorowy top. Potem upięłam włosy w hm… bliżej nieokreślony sposób i musnęłam usta błyszczykiem. Byłam gotowa.
Jadąc autobusem do Ivana czułam się nieswojo. Po tym, jak go potraktowałam dwa dni temu on zaprosił również mnie na tę imprezę powitalną. Mimo to, nadal czułam odrazę do tego, że pochodzi z Rosji. Skarciłam się za to w duchu, ale nic to nie dało. Miałam tylko nadzieję, że nic głupiego nie palnę przynajmniej dzisiaj.
Na miejscu było już sporo moich znajomych. Kilka osób mnie zauważyło, lecz nikt nie podszedł, by się przywitać. Zresztą, nie dziwię się. Widziałam nawet Piotrka, ale on również mnie olewał. Westchnęłam i usiadłam z boku w ogrodzie pod dość dużą jabłonią. Wkrótce impreza się zaczęła. Muzyka była włączona bardzo głośno. Ludzi się bawili, jedli. Ivan co pewien czas pojawiał się między nimi. Powiem szczerze, było mi wstyd. Ale zarazem wcale nie miałam ochoty przepraszać Ivana za moje odzywki. Jednak wyglądało na to, że to on chce mi dać drugą szansę.
Nagle koło mnie usiadł Ivan. Podał mi szklankę coli. Chwilę siedzieliśmy w milczeniu. Za nic w świecie nie chciałam zaczynać tej rozmowy. Powoli rosła we mnie odraza do siedzącego obok chłopaka.
- Amelia – zaczął Ivan.
- Hm..?? – mruknęłam.
- Wiem, że nasze powitanie nie było zbyt entuzjastyczne, ale czy nie moglibyśmy o tym zapomnieć? Ja osobiście nie miałbym nic przeciwko temu.
- Tylko że widzisz, Ivan. Ja NIE chcę zapominać tego powitania, bo ja jestem z niego jak najbardziej zadowolona – wszystko we mnie buzowało.
- Nie rozumiem…
- Jak można tego nie rozumieć, downie! – wrzasnęłam – Ależ tak! Ty w końcu jesteś z jakiejś Rosji. Brudny, biedny kraj! Ba, nie kraj, kanały! A twoja matka to szczur i ojciec też, co chlapią się w tych kanałach! Wracaj skąd przyszedłeś! Do kanalizacji! Spadaj, brudny rusku.
Zapadła chwili złowrogiej ciszy. Dopiero po chwili dotarł do mnie sens tego, co powiedziałam.
- Ivan, ja… nie chciałam… - jęknęłam.
- Wiesz, co? Nie wiedziałem, że jesteś taka podła, chamska i wredna. Rasistka i materialistka. Wiesz, ja nie chcę zniżać się do twego poziomu, ale nigdy NIGDY nie wolno ci odezwać się do mnie ANI SŁOWEM – krzyknął Ivan, wstał i odszedł szybko w stronę domu.
Było mi głupio. Naprawdę! Ale nie żałowałam. Właśnie to o nim myślałam. Dobrze mu tak! Nienawidzę go. Głupek…
Impreza dobiegła końca. Wróciłam do domu zła ale zadowolona ze swego pięknego czynu. Naprawdę, nie żałowałam. Wkrótce potem złość opadała, została tylko nienawiść. Czułam, że utrzyma się ona jeszcze przez długi, długi czas…

2006-01-14 14:37:18
skomentuj (0)
Rozdział 2
Niedziela upłynęła spokojnie. Ojciec, jego żona i Kaja gdzieś pojechali, a ja jak zwykle zostałam w domu. Gdy wrócili był już wieczór. Cieszyłam się z tego ( z wieczoru, a nie z ich powrotu =]), bo, szczerze mówiąc, nie mogłam pozbyć się ciekawości, jaki będzie ten nowy uczeń, lub uczennica. Lecz nie sądziłam jeszcze, że ten pamiętny poniedziałek odmieni moje życie na długi, długi czas...

Rano wstałam cała w skowronkach. Do naszej szkółki bardzo rzadko ktoś dochodził, więc byłam trochę podekscytowana. Tego ranka zupełnie nie przeszkadzały mi złośliwe docinki mojej „kochanej rodzinki”. Szybko się uwinęłam i wyszłam do szkoły wcześniej niż zwykle. Reszta klasy też już była – Laura, Tomek, Agata, Piotrek, Ola i Sylwia. Wszyscy niecierpliwie czekaliśmy na nowego ucznia. Niestety lekcje się zaczęły, a nowego ani śladu. Dopiero w trakcie trzeciej godziny zajęć do naszej klasy wszedł jakiś nieznajomy chłopak. Klasa ucichła. Wszystkich zamurowało. Już z daleko widać było, że nowy uczeń nie jest Polakiem. Jego cera była śniada, włosy i oczy ciemne, no i miał to „coś”, coś, czego nie da się nazwać, coś, co odróżniało go od obywateli Polski. Po chwili klasa zaczęła szeptać do siebie i przywitała nowego brawami. Tylko ja siedziałam jak wmurowana w krzesło. Nie wiem czemu, ale poczułam jakiś taki wstręt do obcokrajowca. Nauczycielka przerwała burzę oklasków.
- Słuchajcie, to wasz nowy kolega – Ivan Tomokiev – zakomunikowała wszystkim.
A więc to Rusek, pomyślałam. Dziwne, znów okryło mnie uczucie wstrętu. Nie wiedziałam czemu. Przecież nie byłam rasistką, a przynajmniej tak mi się wydawało.
- Cześć – rzekł nieśmiało chłopak z typowym, rosyjskim akcentem.
- Heja! – wrzeszczała klasa.
Ivan usiadł z tyłu, a uczniowie zaczęli rozrywać go pytaniami. Jednak zanim rusek zdążył na któreś z nich odpowiedzieć, nauczycielka powiedziała, że pytania będą na przerwie. Druga część lekcji dłużyła się niemiłosiernie. Nikt nie był skupiony.
Gdy rozległ się dzwonek na przerwę wszyscy wypadli na korytarz i ciasno otoczyli Ivana. Stanęłam z boku i przysłuchiwałam się rozmowie.
- Ivan! Czemu mieszkasz w Polsce? Od jak dawna tu mieszkasz? Czemu wybrałeś naszą szkołę? Podoba ci się tutaj? – te i inne pytania zalewały nowego ucznia.
- Hej, wyluzujcie – zawołał Rosjanin – Mieszkam w Polsce od miesiąca, bo moji rodzice stwierdzili, że zmiana otoczenia dobrze na mnie wpłynie. Ale tak naprawdę przeprowadziliśmy się, bo ojciec dostał tu dobrą pracę. Najpierw chodziłem do tej dużej, publicznej szkoły, ale spotkałem się tam z dużą nietolerancją, więc pomyślałem, że w małej szkole będzie lepiej. I się nie myliłem! Chyba nie przeszkadza wam, że pochodzę z Rosji.
- Och, ależ skąd! – zaszczebiotała Laura. Była wyraźnie zauroczona nowym.
- Chyba już wszystkich poznałem, nie? – spytał Ivan.
- Nie! Jeszcze nie poznałeś Amelii ! Jest tam! – ktoś krzyknął.
No pięknie, pomyślałam. Teraz cała klasa, z Ivanem na czele, ruszyła w moim kierunku. Chłopak podszedł do mnie i wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- Jestem Ivan – przedstawił się i wyciągnął rękę.
Miałam ją uścisnąć, wiem, ale dalej czułam wstręt do obcego, a sama myśl o dotknięciu jego rosyjskiej skóry przyprawiła mnie o dreszcz. Popatrzyłam z odrazą na jego rękę i spojrzałam mu w oczy. Uśmiechnęłam się sztucznie i pomachałam mu.
- Ee... cześć. Ja... muszę iść do automatu – wykrztusiłam i odeszłam.
Czułam na sobie spojrzenia wszystkich znajomych. Zdawałam sobie sprawę, że zachowałam się jak rasistka. Ale miałam nadzieję, że inni tak tego nie odbiorą. Niestety, myliłam się. Po przerwie wszyscy się na mnie dziwnie patrzyli. Słyszałam szepty : „ale niekulturalna...” , „nie sądziłem, że to rasistka”. A Ivan nie spuścił ze mnie wzroku przez całą lekcję. Czułam się jak skończona idiotka. Po zajęciach nowy stanął na środku klasy i oznajmił:
- Słuchajcie! Chciałem was wszystkich, bez wyjątków – przy czym spojrzał na mnie – zaprosić na małą imprezę u mnie w domu. Jutro o 16.00 czekam na was na ulicy Nowogórskiej 10.Taki duży, beżowy dom. Zapraszam!
Rozległy się liczne brawa. Wszyscy, oprócz mnie, byli pod wrażeniem
2006-01-14 14:36:12
skomentuj (0)
Rozdział 1
Obudziłam się i wyjrzałam przez okno. Słońce dalej świeciło, a niebo było błękitne. Trochę się zdziwiłam, gdyż od początku lata temperatura nie spadała poniżej 25 stopni. A była już połowa września. Spojrzałam na zegarek. Dziewiąta piętnaście. Tylko w soboty i niedziele mogłam spać do takiej godziny; w tygodniu musiałam wstawać bardzo wcześnie, gdyż moja szkoła nie jest zbyt blisko.
Zwlokłam się z łóżka. Ubrałam letnią, zieloną sukienkę w białe groszki i zeszłam na śniadanie. Moja „rodzinka” siedziała przy stole jedząc grzanki.
- Witamy, witamy naszego śpiącego kopciuszka – rzekła słodko Nina.

- Cześć – rzuciłam. Już dawno przyzwyczaiłam się do takich kompromitacji z jej strony.
Wzięłam grzankę i usiadłam między Kają a ojcem.
- Witaj, kochanie – powiedział wesoło tata. Już jakiś czas temu przestał zauważać w jaki sposób Nina się do mnie odzywa.
- Cześć – odpowiedziałam.
Jadłam w milczeniu przysłuchując się rozmowom Niny, Kaji i ojca. Stałam się dla nich kompletnie niewidzialna. Ignorowali mnie, jak zawsze. Zjadłam śniadanie najszybciej jak mogłam i wybiegłam do przedpokoju.
- WYCHODZĘ – wrzasnęłam i wyszłam z domu, zatrzaskując za sobą ciężkie, masywne drzwi.
Gorące promienie słoneczne oblały moją twarz. Na szczęście wiał lekki wietrzyk, więc upał nie był aż tak uciążliwy. Cieszyłam się, że wyrwałam się z domu. Każdy pretekst, nawet wyniesienie śmieci, był dobry, żeby odczepić się od tych wrednych małp.
Szłam w kierunku szkoły tańca „Dancing World”. Chodzę tam codziennie oprócz niedziel i spędzam w tym miejscu zawsze cztery godziny. Przez pierwsze dwie mam lekcje tańca rozrywkowego, a przez pozostałe tańca towarzyskiego. Uwielbiam taniec. Gdy słyszę pierwsze takty muzyki zapominam o całym świecie, wszystkie moje zmartwienia znikają. Pozwalam, by moje ciało poruszało się w rytm muzyki, nie kontroluję go.
Szkoła „Dancing World” mieściła się w dość dużym, lecz starym budynku. Były tam trzy wielkie sale i przebieralnie. Na zajęciach obowiązkowo trzeba było mieć ubrane lekkie, zwiewne ciuszki. Dlatego zimą przed zajęciami musieliśmy się przebrać. Latem przebieralnie były zbędne.
Gdy weszłam do budynku było piętnaście po dziesiątej. Zajęcia zaczynaliśmy o jedenastej, więc miałam trochę czasu. Ku mojemu zdziwieniu w przebieralni siedziała Agata. Była to dość pulchna dziewczyna. Na taniec chodziła wyłącznie z woli rodziców.
- Cześć – rzuciła.
- Hej – odparłam – Co ty tak wcześnie dzisiaj ?
- Nudziło mi się, więc pomyślałam, że przyjdę wcześniej.
Kiwnęłam głowę na znak, że rozumiem, o czym mówi. Stanęłam przed lustrem i związałam włosy w dwa kucyki. Przy jednej z gumek wpięłam spinkę w kształcie zielonego motyla. Wyglądałam całkiem nieźle. Pogadałam jeszcze trochę z Agą, póki inni nie zaczęli się schodzić. Za pięć jedenasta do szkoły wpadł Piotr. Ja i Piotrek tworzyliśmy zgodną parę na zajęciach tańca towarzyskiego od trzech lat. Zawsze uważano nas za wzór pary tanecznej. Piotrek był wysoki i chudy, lecz doskonale poruszał się w tańcu.
Gdy wszedł do przebieralni nikt nie był zdziwiony tym, że przyszedł na ostatnią chwilę. Zawsze tak robił. Chwilę później wszyscy staliśmy w jednej z sal.
- Witajcie kochani! – powitała nas pani Nowicka, nasza instruktorka tańca – Na początek powtórzmy sobie nasze dwa ostatnie układy.
To powiedziawszy puściła muzykę. W jednej chwili stałam się lekka jak piórko. Całą wolę skupiłam na tańcu. Poruszałam się dynamicznie, z wdziękiem. Nawet nie zauważyłam, gdy dwa tańce minęły. W momencie, gdy muzyka ucichła, moje zmartwienia powróciły. Byłam zziajana, lecz szczęśliwa. I czułam się tak zawsze. Zawsze, gdy tańczyłam.
Zajęcia tańca rozrywkowego minęły bardzo szybko. Na przerwie wszyscy udaliśmy się do przebieralni, by odpocząć przed tańcem w parach. Wyjęłam butelkę wody i pociągnęłam spory łyk.
- Podobno jutro ma do naszej szkoły dojść jakiś nowy – nawiązała rozmowę Laura, jedna z lepszych tancerek.
- Ciekawe do której przyjdzie klasy – odparł Piotrek.
- Zbyt dużego wyboru nie ma – zachichotał inny uczestnik zajęć.
- Racja – potwierdziłam.
Wszyscy chodziliśmy do prywatnej szkoły w Warszawie. Były tam tylko dwie klasy, w każdej po siedem osób. Nawet fajnie było w takiej malutkiej szkole. Nie mogliśmy jednak kontynuować naszej rozmowy, gdyż pani Nowicka wołała już nas na salę. Przez kolejne dwie godziny wirowaliśmy po sali w rytmie tanga, salsy, i cza-czy. Piotrek naprawdę doskonale tańczył. Czułam się, jakby robił to całe życie.
Po wyjściu ze szkoły z ociąganiem powlokłam się w stronę domu. Wcale nie miałam ochoty tam wracać. Bo po co? Żeby usłyszeć obelgi Niny i jej córki? Bez sensu... Ale z drugiej strony nie miałam nic innego do roboty. Po chwili stałam pod drzwiami.
- O! Witamy, witamy, naszego gościa! – wykrzyknęła sztucznie Kaja, uchylając drzwi.
Zmierzyłam wzrokiem przyrodnią siostrę i podjęłam próbę wejścia do domu. Niestety bez skutku. Kaja stanęła tak, że w żaden sposób nie mogłam przejść.
- Powiedz proszę – zaszczebiotała Kaja.
- Wypchaj się – warknęłam z sarkazmem, poczym odepchnęłam dziewczynę i wparowałam do mieszkania.
Nie zdejmując butów poszłam do swojego pokoju i głośno trzasnęłam drzwiami. Chciałam zabrać się za referat z historii, ale byłam zbyt wzburzona, by cokolwiek zrobić. Założyłam więc słuchawki, włączyłam muzykę i zaczęłam tańczyć...
2006-01-14 14:34:25
skomentuj (0)
Kilka słów na początek ^_^
A więc to ja - Amelia Tulikowska. Dla ciekawskich: mam 15 lat :P. Mieszkam w Warszawie , w jednym z największych i najnowocześniejszych wieżowców w stolicy. Ten mój dom przypomina wyglądem miniaturowy drapacz chmur z nowojorskich filmów. Mieszkam z ojcem, Niną i Kają. Nina to moja macocha, druga żona mego taty. Moja prawdziwa matka zginęła przy porodzie. Wkrótce potem ojciec ożenił się z Niną. Delikatnie mówiąc, nienawidzimy się. Nina jest wredna i cały czas zatruwa mi życie. Jednak to dzięki niej mieszkamy w tym luksusowym budynku; Nina jest strasznie bogata. Fakt faktem, że jest również piękną kobietą. Super figura, krótkie czarne włosy i zielone oczy. Nie wiem za co Bóg dał jej taką urodę. Jest strasznie bezczelna i bez powodu wciąż mi dokucza. Jedyna rzecz jaką zawsze mogę od niej wziąć są pieniądze. Kaja to dwa lata ode mnie starsza córka Niny. Jest jej sobowtórem. Ta sama uroda, ten sam charakter. Mój ojciec z początku prosił Ninę i Kaję, by tak się nade mną nie pastwiły, ale z czasem dał sobie spokój. Jakoś daję sobie radę , ale czasami jest mi bardzo trudno. Przyznam, że ja również nie mogę narzekać na swój wygląd. Jestem przeciętnego wzrostu, mam jasną cerę i dosyć długie, proste, jasne włosy. Moim największym atutem są oczy; wielkie, orzechowe, otoczone czarnymi, gęstymi rzęsami. Mój charakter jest raczej trudny do opisania. Czasem jestem cicha, a czasem nie mogę przestać gadać. Raz jestem pomocna, ale innym razem postępuję jak egoistka. Muszę wam jeszcze powiedzieć, że nie mam chłopaka. Kiedyś wymarzyłam sobie jaki będzie mój chłopak. W mojej wyobraźni był idealny. Za długo trwałam przy tej wizji i teraz nie umiem pokochać żadnego chłopaka, który ma wady. A przecież idealnych facetów nie ma. Więc pewnie na zawsze pozostanę panną.


2006-01-14 14:33:20
skomentuj (6)




Przeszłość:
2006
styczeń






Layout by ©
Alcarissen Team.
Graphic © Avanae.
Code © Calimanise.